Bariery dla partycypacji

Autor: Agata Chmielarczyk

Zanim zaczniemy

Zanim przejdę do sedna, pozwól mi powiedzieć, że bardzo się cieszę, mogąc znów gościć Cię na naszym blogu. Kolejny partycypacyjny wpis zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam. Jeśli więc nie przeczytałeś pierwszej części poświęconej partycypacji, zajrzyj TUTAJ, a następnie wróć, by móc kontynuować lekturę.

Co z tą partycypacją?

Jak zapewne pamiętasz, poprzedni wpis zakończył się tezą, że „stan partycypacji społecznej w Polsce niestety nie jest najlepszy”. Jak pokazują badania, ze strony władzy nie ma bowiem wielkiego zainteresowania wchodzeniem na wyższe poziomy angażowania mieszkańców w proces podejmowania decyzji. Ci drudzy zresztą też raczej niechętnie biorą udział w jakichkolwiek partycypacyjnych inicjatywach, zwłaszcza jeżeli te wymagają wniesienia jakiegoś wkładu (czasu, pracy, czy pieniędzy).

Największym wyzwaniem partycypacji jest zatem to, aby wszystkie strony chciały z niej jak najpełniej korzystać, a korzystać często nie chce ani władza, ani społeczeństwo. Dlaczego tak się dzieje? Czy można jakoś temu zaradzić?

W czym tkwi problem?

Dlaczego włodarze wielu gmin, miast, czy powiatów, a także niejednokrotnie urzędnicy są nieprzychylni angażowaniu strony społecznej w procesy decyzyjne? Mówi się, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to z pewnością chodzi o pieniądze, a ja powiem szerzej – chodzi o koszty. Tak, drogi Czytelniku, władze lokalne decydując się na „zorganizowanie” partycypacji w swojej gminie, muszą zaakceptować konieczność poniesienia związanych z nią kosztów. I to nie tylko w wymiarze finansowym, ale również – a może przede wszystkim – niefinansowym.

Jakie są to koszty? Po pierwsze, wspomniane już pieniądze. Zorganizowanie spotkania z mieszkańcami wymaga poniesienia nakładów na jego obsługę: trzeba zabezpieczyć miejsce, zapewnić odpowiedni sprzęt, przygotować materiały informacyjne, a jeśli spotkanie to poprzedzone jest informacją i promocją, należy przewidzieć środki i na to (wydruk i dystrybucja ulotek, plakatów, materiały w prasie lokalnej, na stronach internetowych itp.).

Do tego trzeba doliczyć pracę. Ktoś to wszystko przecież musi zrobić, zatem konieczne staje się oddelegowanie pracownika, który w czasie pracy, zamiast wykonywać swoje codzienne obowiązki, przygotuje chociażby materiały informacyjne. Koszty pracy to również samo przeprowadzenie spotkania oraz jego odpowiednie przygotowanie, w tym też merytoryczne.

Najbardziej kosztochłonny wydaje się być jednak czas. Jest to oczywiście czas poświęcony na przygotowanie i przeprowadzenie działań partycypacyjnych, o czym już poniekąd wspomniałam, ale jest to również czas potrzebny na podjęcie ostatecznych decyzji związanych z konsultowanymi zagadnieniami, który może ulec istotnemu wydłużeniu, zwłaszcza jeśli decydent musi pogodzić różne, często sprzeczne stanowiska poszczególnych stron dialogu.

To wszystko wydaje się być jednak niczym wobec najistotniejszego problemu – lęku przed partycypacją. Moim zdaniem to właśnie on stanowi główną barierę po stronie lokalnej władzy i urzędników. Niejednokrotnie w naszej pracy widzieliśmy przerażenie w ich oczach na myśl o tym, że mają spotkać się z mieszkańcami i z nimi rozmawiać, bo „przecież ktoś przyjdzie i będzie czegoś chciał”. Wszelkie inicjatywy partycypacyjne są wówczas organizowane w taki sposób, żeby nikt się o nich nie dowiedział, a wykorzystywane formy angażują mieszkańców w jak najmniejszym stopniu (niektóre z nich w ogóle ciężko nazwać partycypacją). Są tym samym nieefektywne, a co za tym idzie, całkowicie pozbawione sensu.

Warto tu jeszcze wspomnieć o ogólnej niechęci do angażowania mieszkańców w procesy decyzyjne na szczeblu lokalnym, która to niechęć jest wypadkową konieczności poniesienia kosztów partycypacji i lęku przed nią. Źródłem owej niechęci może być również brak wiary w partycypację, co z kolei bywa efektem złych doświadczeń, czy też braku zainteresowania ze strony mieszkańców i innych interesariuszy dotychczas realizowanymi działaniami o tym charakterze.

Zaakceptować koszty, pokonać lęk

Skoro wiemy już, jakie są główne bariery dla inicjowania procesów partycypacji społecznej leżące po stronie publicznej, warto zastanowić się, co można zrobić, żeby to zmienić. Czy w ogóle można coś zrobić? Odpowiedzi wydają się być bardzo proste: zaakceptować koszty, pokonać lęk i uwierzyć, że partycypacja ma sens. Praktyka pokazuje jednak, że wcale nie jest to takie łatwe.

Po pierwsze, zaakceptować koszty. Trzeba się po prostu pogodzić z tym, że dopuszczenie mieszkańców (i oczywiście innych interesariuszy) do udziału w procesach decyzyjnych wymaga poniesienia pewnych nakładów w postaci pieniędzy, pracy i czasu. Oczywiście różne formy partycypacji wiążą się z różnym poziomem tych kosztów. Planując partycypację, warto uwzględnić odpowiedni budżet umożliwiający skuteczną realizację wszystkich zamierzeń. Nie chodzi o to, aby koszty były jak najniższe, lecz by pozwoliły osiągnąć jak najlepsze efekty. Jeśli wciąż nakłady są nie do zaakceptowania, trzeba zadać sobie pytanie, ile może kosztować brak partycypacji lub jej nieodpowiednie przeprowadzenie. Bowiem w dobie rosnącego znaczenia ruchów obywatelskich partycypacja społeczna często legitymizuje decyzje władz („Robimy tak, bo społeczeństwo tego właśnie oczekuje”). Jej brak może natomiast wywołać zarzut, że samorządowcy realizują działania wbrew woli lokalnej społeczności.

Po drugie, pokonać lęk. Zwykle jest to obawa, że pojawią się sprzeczne głosy w dyskusji, które trzeba będzie pogodzić, podejmując ostateczną decyzję. A jeśli pogodzić się nie da, to zawsze ktoś będzie niezadowolony. Trudno! Nie można przecież sprostać wszelkim oczekiwaniom i zadowolić wszystkich. Niezwykle ważne jest jednak wysłuchanie głosu zainteresowanych stron i przekazanie informacji zwrotnej zawierającej uzasadnienie podjętych decyzji. To także dobry moment, żeby wyjaśnić interesariuszom, że władze samorządowe działają według ściśle określonych reguł, które nierzadko nakładają na nie ograniczenia uniemożliwiające realizację niektórych postulatów.

Po trzecie, uwierzyć, że partycypacja ma sens. Bo niewątpliwie ma! Często spotykam się ze stwierdzeniami, że nie warto rozmawiać z mieszkańcami, gdyż to bardzo trudna grupa – roszczeniowa i każdy ciągnie w swoją stronę. Z doświadczenia wiem, że można wypracować wartościowe rozwiązania i ciekawe pomysły nawet podczas „trudnych spotkań z trudnymi ludźmi”, a nierzadko właśnie wtedy udaje się sformułować treści kluczowe dla powodzenia realizowanych działań. Czasem wystarczy zwyczajnie porozmawiać i może się okazać, że ci „trudni mieszkańcy” wcale nie są tacy źli.

Jeżeli jednak wciąż koszty wydają się być za wysokie, lęk nie ustępuje i brakuje wiary w partycypację, warto zaprosić do współpracy specjalistów, którzy tak dobiorą działania partycypacyjne, żeby osiągnąć jak najlepsze efekty, optymalizując przy tym potrzebne do poniesienia nakłady, a sami nie będą obawiali się spotkań z „trudnymi grupami społecznymi” (w końcu jeszcze ich nie znają). Ja wierzę, że odpowiednio prowadzona współpraca z mieszkańcami może przynieść wiele korzyści nie tylko gminie, ale również zarządzającym nią. Jakie to korzyści? O tym przeczytasz w kolejnym wpisie.